niedziela, 14 kwietnia 2013

Rozdział drugi



     W życiu każdego człowieka nadchodzi taki moment, kiedy wszystko ma prawo się rozpaść. Pęknąć, spłonąć i się zakończyć. Rozbić się na miliony kawałków, jak szklanka czy kubek upuszczony przez niewinne dziecko. Ale zawsze to „coś” pozostawia po sobie ślad. Popiół, okruchy, czy nawet niezauważalny kształt bólu.
     Samotna, chodź w tłumie postać, krocząca pokrytymi trującą mgłą wyrzeczeń uliczkami, spoglądała na jedną wielką plamę szarych codziennych problemów. Przyziemne sprawy działały niczym magnes o ogromnej sile rażenia, przyciągając wszystkich i wszystko; łapiąc człowieka w swoją pułapkę skleconą na prędko ze smutku i roztargnienia. Każdy członek społeczeństwa zasłonił swoje lustra prześcieradłem utkanym z braku ufności, nie chciał widzieć swojego zdrętwiałego ciała, które rozpaczliwie pragnęło obcego dotyku. Ona też zamknęła szklany płaszcz.
     Na jej głowę zaczęło kapać kilka pojedynczych łez, zupełnie jakby londyńska pogoda nagle zrozumiała mowę gatunku górującego, mowę pełną szyderczego jadu, przekleństw, prymitywnych myśli – mowę człowieka. Krwawe łzy sklepienia dławiły zapachem, lekko metalicznym, lecz świeżym. Świeżym jak poranna niebieska bryza nad morzem, świeżym jak karmazynowe jabłuszko zerwane w babcinym ogródku, jak powietrze w sosnowym lesie; upajało wonną pieśnią wygrywaną na skrzypcach przez pochylone ku przechodniom budynki. Wszystko łączyło się w doskonałą całość, której nikt nie śmiał zniszczyć okrucieństwem godnym Lucyfera z piekielnych rubieży.
     Świat można porównać do kwiatu białego bzu. Perfekcyjny, bez skazy, nie do odrzucenia. Jednak kiedy spojrzysz tam, gdzie powinno być centrum... Czeka cię szok. Pustka. Gdzie ta wychwalana podstawa? Gdzie ten złoty środek? Gdzie... komórka mateczna?

     Pogrążona w lekturze, nie zwracała uwagi na otaczający ją zgiełk i hałas. Cieszyła się, że już niedługo będzie mogła upić się słodkim zapachem kwiatów brzoskwini, który był tak barwnie opisywany pomiędzy cienkimi kartkami, nadal wytwarzających lekką woń jesiennej brzózki. Zima zmienia niespokojną naturę ludzkiej rasy.
     - Maggie, skarbie. Idziesz z nami? - zapytała roztargniona Yvonne, jednocześnie ubierając małą Nathalie.
- Ewentualnie mogę z wami pójść. Gdzie? - odpowiedziała pytaniem rzucając ukochaną książkę niedbale na półkę, która jęknęła żałośnie chcąc zgłosić sprzeciw przeciw takiemu traktowaniu.
- Idziemy porozdawać prezenty w domu dziecka obok. – powiedziała ledwie słyszalnie blondynka, zapatrując się ciekawie na obiekt po drugiej stronie ulicy. Szatynka wstała leniwie z łóżka pozwalając sobie na ciche sapnięcie i jęk niezadowolenia. Ostatnio miała nieprzyjemne problemy z bólem kręgosłupa. Pomasowała się lekko po karku i skierowała do hallu, w celu założenia na siebie jakiegoś ciepłego odzienia.


     Opadli zmęczeni na łóżko rozkoszując się unoszącym się w gęstym powietrzu zapachem seksu. Zaciągali się swoją bliskością, czując jak rozpływa się ona wraz z ich nastrojem. Telefon rozdzwonił się na dobre, nie pozwalając im napawać się przyjemnością, jaką sobie zafundowali. Dziewczyna nie mogąc dłużej znieść irytującego „trililililili, trilililililili” kliknęła mały czarny guziczek, znajdujący się na podstawie urządzenia.

*pip* Tradey, skarbie, czekamy na ciebie z tatą, mam nadzieję, że nic ci się nie stało. Skarbie, martwimy się o ciebie. Nie ma cię w domu już przez trzy dni… Tylko nie wydaj za dużo! *kobiecy śmiech* Chciałabym, żebyś oddzwoniła po odsłuchaniu tej wiadomości. *pip*

Zaśmiała się podle po usłyszeniu treści wysłanej przez jej matkę. Tak nagle zaczęli się o nią martwić, no kto by pomyślał. Spojrzała na Steve’a lekko zawstydzona, naciągając na siebie kołdrę, zupełnie jakby poprzedniej sytuacji pomiędzy nimi nie było.
      - To tylko seks, prawda? – zapytała, chcąc się upewnić, że dla niego też to nic nie znaczy. Nie chciała mieć kolejnego chłopaka na głowie, który pewnie jak cała reszta, próbowałby zdobyć jej względy.


     Weszli do ciepłego raju dla rąk, zwanym po ludzku hallem. Powiesili na wieszaku kurtki i weszli w głąb ośrodka. Przywitały ich radosne krzyki małych dzieciątek i uprzejme powitania ze strony starszych mieszkańców tego budynku.
      - Yvy! Skarbie ty moje najdroższe! Jak ja cię dawno nie widziałam! – zawołała wzruszona pani Cooke i uściskała blondynkę. Yvonne nie wahając się ani przez chwilę również ją lekko ścisnęła.
- Czas na prezeeenty! – zawołała zadowolona Maggie. Po tym miłym powitaniu ze strony sierot i innych tu przybyłych z niewiadomych przyczyn, nagle poprawił jej się humor.
Zarumienione ze szczęścia pociechy, powoli otwierały swoje prezenty. Maggie, Nathalie, Yvonne i chłopcy dostali po uścisku od każdego. Każdy miał swoją porcelanową lalkę, samochód czy misia. Wszyscy byli szczęśliwi i zadowoleni. Czuli magię zbliżających się świąt, zapach pierników, ciepłą herbatę z cytryną i miodem…
    I wtedy pojawiła się ona. Stanęła opierając się ramieniem o ścianę. Obserwowała z zaciekawieniem sytuację rozgrywającą się w głównym pomieszczeniu. Długie farbowane blond włosy lekko i niesfornie opadały na szczupłe ramiona. Zaspane niebieskie oczy studiowały nowo przybyłe, nieznajome twarze. Za duża piżama w niedźwiadki zwisała na wątłej dziewczynie jak zniszczony płaszcz na bezdomnym człowieku. Miała nie więcej jak 5 stóp wysokości. Spojrzała na Yvy swoim nieprzytomnym, lecz ciekawym wzrokiem. Oglądana dziewczyna czuła się jak zaczarowana, jakby wzrok nieznajomej zamienił ją w figurę z wosku, która powoli, pod napierającym wzrokiem, roztapia się.
     „Kim jesteś?”. Pierwsze słowa, które wymówiła Yvonne na widok Suzie. Przynajmniej jej się tak wydawało. Tak naprawdę, to zalała się tylko rumieńcem i jęknęła cicho zahipnotyzowana urokiem młodej nimfy.
     - Yvonne? Ivy! Hej, nic ci nie jest? Ziemia do blondynki! – śmiała się Maggie.
- Jak ona ma na imię? – szepnęła blondynka do pani Cooke.
- Suzie. – odparła uśmiechnięta kobieta.
- Suzie. Piękne imię. – powiedziała cicho do siebie.
- Czas iść starucho, nie wiem jak ty, ale ja jestem głodna jak wilk. – przypominała Mag.


     Suzie. Suzie. Suzie. Powtarzała to sobie jak mantrę. Przed zaśnięciem, gdy była w studiu, podczas ćwiczeń, przy posiłkach… Ciągle. Nie mogła wyrzucić z głowy tej pięknej, delikatnej, uroczej, słodkiej, miłej, cudownej, nieziemskiej twarzy młodej Afrodyty. Kto by pomyślał - nie wie nic o tej dziewczynie, a czuje się, jakby była zakochana.



     - Daj mi spokój! I weź wyjdź z mojego pokoju! – krzyczała wściekła Maggie. Jakim prawem ten ktosiek miał czelność używać jej łazienki? Nie zwracała uwagi na protesty chłopaka owiniętego tylko w ręcznik. Wypchnęła go za drzwi i trzasnęła nimi jak najgłośniej.
- Mag! Chociaż pozwól mi wziąć ubrania! – prosił zrozpaczony Harry. Zaśmiała się złośliwie, po czym wpadła na niesamowity pomysł. Otworzyła łazienkę, zgarnęła wszystkie jego ubrania (łącznie z bokserkami, ale nie zwróciła na to uwagi), uchyliła okno i wyrzuciła wszystko na trawnik.
- Chcesz swoje ubrania, powiadasz. To je sobie weź, leżą przy basenie.
- Tak się odwdzięczasz za pocieszanie w trudnej chwili? Jeszcze zobaczymy. – odparł niewyraźnie przez drewno. Nie widziała go teraz, ale miała pewność, że zmrużył powieki i zagroził pięścią.
- Już to widzę, kochanie.

     Usłyszała donośne pukanie… Chociaż nie. Ktoś dobijał się do jej drzwi. I krzyczał. Jak to dobrze, że kupiła sobie wyciszającą poduszkę. Ziewnęła i przytuliła się do rogu kołdry.

„Sweet dreams are made of this

Who am I to disagree?
Travel the world and the seven seas
Everybody's looking for something
Some of them want to use you
Some of them want to get used by you
Some of them want to abuse you
Some of them want to be abused”

„Czemu nie mogę wyrzucić tej piosenki z głowy?” – pomyślała zawiedziona swoją słabością.
     - Otwórz te drzwi! – tym razem było głośne nie do zniesienia.
- Czy ty używasz megafonu Styles?! – uniosła się na łokciach i sturlała z łóżka. Doczołgała się powoli do źródła nieznośnego „Czas wstawać, czas wstawać, czas wstawać!”. Przekręciła klucz i upadła na twarz z głośnym jękiem. Drzwi otworzyły się z cichym kliknięciem, a w nich stał nie kto inny jak pan Użyjętwojejłazienkidoumyciamojegospoconegociałamamnadziejężemiwybaczysz i uśmiechał się od ucha do ucha, radosny i wypoczęty jak nigdy.
- Czas wstawać, czas wstawać, czas wstawać! Jesteśmy głodni, za pół godziny mamy wywiad, Yvy idzie z nami, ty w sumie też i nie masz nic do gadania, Niall znowu coś o tobie gadał… I wiesz, że już sporo po dziesiątej? Dziwię się, że Yvonne jeszcze cię nie zwolniła. – chłopak najwyraźniej rozmawiał sam ze sobą.
- Czego ten debil ode mnie chce tym razem? – zapytała Maggie ze znudzoną miną.
- Coś zaczął gadać, że wyglądasz jakoś na zmęczoną i niedojedzoną… Na początku pomyślałem, że się o ciebie martwi, ale potem powiedział, że dzieci z Afryki chyba ci paczki z jedzeniem przestały wysyłać.
- Powiedz mu, że jego umiejętności docinania bawią się z nim w chowanego… I że zaraz pójdę robić im to nieszczęsne śniadanie. – odparła Mag i odkleiła twarz od paneli. Czyżby kolejny dzień w stylu „Boże, Buddo, Allahu i inni… Musieliście mnie tak ukarać?”.

wtorek, 4 grudnia 2012

Rozdział pierwszy

     Szła wśród tłumu ludzi opatulona grubym szalikiem, w zimowej kurtce i czapce. Nigdzie się nie spieszyła, bo i tak nie miała gdzie. Ciekawie spoglądała na zabiegane panie w długich płaszczach i wysokich, tęgich mężczyzn z ozdobami świątecznymi w rękach. Słońce przyświecało radośnie przebijając się przez resztkę ciemnych chmur, a śnieg nadal lekko prószył dodając temu dniu odrobinkę magii. Otworzyła niepewnie drzwi wpuszczając do pomieszczenia chłodne powietrze. Zdjęła swoje rękawiczki i natychmiast podeszła do kominka by ogrzać dłonie.
     - Maggie! Jak ja dawno cię nie widziałam. Chodź skarbie, muszę cię uściskać. - zawołała wesoło pani Foutley, wychodząc zza lady z wyciągniętymi w kierunku dziewczyny rękoma. Maggie zadowolona z tego, że sprzedawczyni nadal ją pamięta, przytuliła się do pulchnej kobiety.
- Przerosłaś mnie skarbie. - zaśmiała się - Co u Yvonne? - zapytała po chwili wracając za kontuar, by zapakować pierniczki, jak to miała w zwyczaju.
- Wszystko dobrze, tylko ostatnio miała lekką gorączkę. Chyba jakieś przeziębienie ją złapało. - westchnęła dziewczyna siadając na krzesełku, by móc pooglądać słodkości wypieczone przez panią Felicię.
- Przygotuję wam herbatkę z cytryną i miodem. Może wtedy jej się polepszy. - oznajmiła kobieta wchodząc na zaplecze. Maggie rozglądała się ciekawie po małej cukierni. Uwielbiała tu przychodzić ze swoją przyjaciółką, często na długie rozmowy z przyjazną właścicielką i jej mężem. Często zajadały się ciasteczkami i popijały gorącą herbatę. Dużo zmieniło się od ostatniego razu.
     Pomieszczenie nie było już pomarańczowe, lecz ciemno brązowe z białymi motywami i miało orzechowy sufit. Na ścianach nie wisiały wymyślne ozdoby, tylko kwiatowe wieńce i nastrojowe obrazy. W rogach pomieszczenia stały wysokie lampy, a zaraz koło nich, do dużych wazonów było włożonych parę gałązek. Na brązowych stolikach koło okna stały w wazonikach suszone bukieciki.
     - Niech pani zrobi osiem kubków herbaty. Mamy... Gości. - poprosiła grzecznie Maggie biorąc do ręki piernikowe serduszko i rozłamując je na pół. Usłyszała w odpowiedzi perlisty śmiech pani Foutley. Nie rozumiała w jaki sposób kobieta zawsze jest szczęśliwa. Nawet kiedy jej cukiernia przeżywała kryzys, zachowywała się jak gdyby nigdy nic i ciągle chodziła uśmiechnięta. Po chwili dało się słyszeć głośne gwizdanie czajnika, które rozeszło się w całym pomieszczeniu.

     Weszła pospiesznie zatrzaskując drzwi, przy okazji wpuszczając zimne powietrze i kilka płatków śniegu. Od zimna zarumieniły jej się policzki i poczerwieniał nos. W jednej ręce trzymała tackę z ośmioma kubkami herbaty, w drugiej ogromną torbę ze słodkościami z Felicia Foutley. Po kompleksie roznosiło się głuche echo, kiedy Maggie głośno tupiąc krążyła po różnych pomieszczeniach, w poszukiwaniu zgrai siedmiu napalonych małpiszonów, którym miała przekazać tę głupią herbatę, z głupią cytryną, po którą musiała lecieć przez pół głupiego miasta, podczas głupiego mrozu. Teraz te głupie małpiszony sobie gdzieś poszły, pewnie do głupiego kina, bez głupiej Maggie. To przecież logiczne.



     Fale żałości potrząsały dziewczyną skuloną w kącie przestronnego pomieszczenia. W każdym pokoju w domu dało się usłyszeć rozrywający serce szloch. Znowu została sama, ponownie dla innej. Ciche szmery i odgłos otwieranych drzwi... To nie pasowało do ojca.
     - Przepraszam? Jest tu kto? - zapytał potężny kobiecy głos.
Pospiesznie otarła oczy, podniosła się z kolan i niepewnie wyjrzała do salonu. Na środku stała postać, ubrana jak typowy prawnik. Długie blond włosy były spięte w wysokiego koka, a teczka w ręce trzęsła się razem z nimi.
- Kim pani jest? - Suzie zadała pytanie, nie będąc pewna czy do końca dobrze robi. Kobieta podskoczyła w miejscu i odwróciła się gwałtownie trzymając się za serce. Widząc kto ją wystraszył zaśmiała się nerwowo.
- Suzie Wieß? Mam tu dla ciebie pewne pismo z sądu. Postanowiliśmy, że zabierzemy cię od ojca. Skarg od sąsiadów było bardzo wiele. Nie możemy pozwolić ci być samodzielną. Do swoich 18-tych urodzin będziesz musiała przebywać w domu dziecka. - wyrecytowała kobieta zupełnie tak, jakby uczyła się tej formułki przez kilka dni. 
- Nie odpowiedziała mi pani na pytanie. - odpowiedziała dziewczyna bliska już łez szczęścia. Czy... Już więcej go nie zobaczy? 
- Phoebe Grant, prawnik z wydziału przemocy w rodzinie. Miło mi. - przedstawiła się, wyciągając rękę w kierunku uśmiechniętej nastolatki. Nagle za ściany wydobyły się trzaski i ciąg nieprzyjemnych przekleństw.
- Schowaj się! - szepnęła Suzie wpychając prawniczkę do swojego pokoju i zamykając go z trzaskiem. Huk wydany przez drzwi i ostra woń alkoholu dotarła do salonu prawie natychmiast. Głośne kroki i odgłos tłukącej się butelki były normą. Dziewczyna skierowała się do kuchni po ściereczkę, szufelkę i zmiotkę. Podeszła śmiało do cuchnącego alkoholem i dziwkami człowieka, którego od niechcenia czasem nazywała 'tatą'.
     - Skarbie, mam ochotę na małe co nie co. - wybełkotał mężczyzna patrząc na swoją córkę zmywającą resztki trunku i zagarniającą odłamki szkła na kawałek czerwonego plastiku, który migał mu przed oczami niczym niewyśniona zjawa z głowy. Nie odpowiedziała mu. Do seksualnych zaczepek też się przyzwyczaiła. Nie zdziwiłaby się, gdyby zaraz próbował się do niej dobierać swoimi wielkimi łapskami, ona by mu się wyrwała, a on za karę zamknąłby ją na klucz w pokoju. Rutyna.
- Nie ignoruj mnie smarkaczu! - wrzasnął ciągnąc ją za włosy do góry.
- Puść. Mnie. Natychmiast. - odwarknęła.
- Nie dziś. - wysapał i zaczął rozpinać rozporek. Miała już krzyknąć 'Odczep się oblechu!', kiedy ojciec padł nieprzytomny na ziemię. Klęknęła, prosto na szkło. Po chwili z kolan zaczęła sączyć się krew. To też normalne... Prawda? Spojrzała zaskoczona na górę. Jej wybawczyni - pani prawnik - była tak samo zaskoczona sytuacją i tym, że trzyma w ręku pozłacaną, jednocześnie zakrwawioną statuetkę za pierwsze miejsce w zawodach pływackich.



     Po głowie ciągle chodził jej tekst z pierwszej strony gazety. ''Tragiczne rozstanie Yvonne: czyżby Alesha była tylko zabawką?''. Już od jakichś piętnastu minut krążyła dookoła łóżka czekając aż obudzi się Maggie, żeby móc ją najzwyczajniej w świecie opierdolić, że nic z tym nie zrobiła i zagrozić jej zwolnieniem. A do tego jeszcze chłopcy nie wrócili na tą, na którą obiecywali. Kanapowa dziewczyna przykryta nieśmiertelnym kocykiem (w misie, który dostała od  Yvonne w prezencie na urodziny) cicho i przeciągle ziewnęła.
     - Jak było w kinie? - zapytała po chwili świszczącym zaspanym głosem.
- W jakim kinie? O czym ty pierdolisz? Ja byłam załatwiać ważne sprawy z moim tymczasowym urlopem, żebyśmy mogły sobie razem w domu posiedzieć, a ty mi z kinem wyskakujesz. - oburzyła się dość głośno blondynka.
- Daj spokój, co cię ugryzło? - odpowiedziała jej Maggie kierując się do kuchni po szklankę świeżego żółciutkiego soku z pomarańczy.
- Ty się jeszcze pytasz. Jestem na pierwszej stronie gazet wraz z Aleshą, a ty się pytasz co mnie ugryzło. - Yvonne przerwała na chwilę swój monolog, by ochłonąć - Jeżeli jeszcze raz się to powtórzy, to możesz zapomnieć o tej ciepłej posadce w moim zespole. - zadeklarowała tryumfalnym głosem. W każdym pomieszczeniu parteru dało się słyszeć głośne 'AHAHAHAHAH I TAK MNIE NIE WYRZUCISZ'. 
     Szatynka dopijając łapczywie resztkę swojej prywatnej ambrozji, przygotowywała już składniki na dzisiejszą kolację i pytała sama siebie 'Czemu nie możemy wynająć kucharza?' - przy okazji podbudowując swoje samopoczucie - 'Ale muszę przyznać, że seksownie wyglądam w stroju kucharki.'

     - Ej, a gdzie tak właściwie jest Nath i cała reszta naszych domowników? - Maggie przerwała w czytaniu jakże ciekawej lektury przyjaciółce, a sama skrzywiła się na myśl, że będzie musiała przeżyć kilka, jeżeli nie kilkanaście miesięcy z tymi nieogarniętymi gorylo-lamami.
Nathalie jest razem z nimi na jakichś przygotowania do ich teledysku. - odpowiedziała blondynka nie odrywając się od brudno-białych kartek książki.
- I ty jej tam pozwoliłaś iść bez konsultacji ze mną? 
Nie otrzymała żadnej odpowiedzi oprócz ledwie zauważalnego przytaknięcia głową. Złapała krzesełko stojące najbliżej niej i wyszła na balkon. 
      Zimne powietrze ukłuło ją w twarz milionami malusieńkich, rozgrzanych do czerwoności szpilek. To najpiękniejszy czas w roku. Słońce zaczęło powoli zachodzić, mimo tego, że była szesnasta. Latarnie świeciły już jaskrawym, prawie białym światłem, a małe choinki na chodnikach uginały się od nadmiaru mrugających światełek. Czasem zastanawiała się, w jaki sposób coś może być tak piękne. Ludzie powoli otwierali sklepy, uchylali drzwi, aby przywabić kupujących zapachem i rozwieszali łańcuchy nad promocyjnymi wystawami. Panowie w niebieskich uniformach stawiali choinkę w samym środku ronda, przy którym znajduje się dom jakże sławnej Yvonne Green i dom dziecka.



     Wyglądała przez szybę pędzącego samochodu. Nie mogła się doczekać kiedy w końcu trafi do największego domu dziecka w całym Londynie, kiedy będzie mogła poczuć, jak to jest nie mieć siniaków, jak to jest nie słyszeć codziennych drwin pijanego ojca, jak to jest odżyć na nowo. Pojazd zaczął zwalniać wjeżdżając na rondo, a po chwili zatrzymał się całkowicie... Przed największym budynkiem jaki kiedykolwiek widziała. 
     Miał cztery piętra plus parter, prowadziły do niego brukowane alejki, za płotem stał żywopłot, który miał być murem obronnym wymyślonym przez Maggie. Dziewczyna dojrzała też zamarznięty, pokryty grubą warstwą śniegu, podświetlany basen, który podczas lata blokował wejście do domu. W większości pomieszczeń w domu zapalone były światła. Na ośmiu pięknych balkonach wiły się różnokolorowe światełka, z drabin zwieszali się Mikołajowie, a na tarasie stał zaprzęg reniferów. Westchnęła cichutko na ten widok. 
     Kierowca samochodu lekko szturchnął ją w ramię. Odrywając wzrok od domu, który aż przyciągał swoją magią, wzięła do ręki walizkę pełną ubrań i najważniejszych rzeczy, które zdążyła zabrać z pokoju. Poszła w kierunku mniejszego budynku, który znajdował się zaraz za ogrodzeniem jej Domu z Marzeń. Tak, jej prywatny Dom z Marzeń.

     - Suzie! Mogę Cię prosić na chwilkę? - krzyknęła pani Cooke machając ręką w powietrzu, przywołując dziewczynę do siebie. Posłusznie wróciła do jej nowej 'mamy' jak kobieta proponowała, żeby do niej mówić. Dostała malutki złoty kluczyk. Spojrzała pytająco na panią za ladą, na co ta tylko się uśmiechnęła, lekko pokiwała głową i przyłożyła rękę Suzie do jej serca. 



     Siedzieli wszyscy przy jednym stole zajadając się przygotowanymi przez Maggie roladkami z kurczaka ze szpinakiem. Czuła się urażona, że nikt jej nie pochwalił, chociażby z grzeczności. Powoli przeżuwała swoją porcję, patrząc się w talerz.
     - Mag, mogłabyś się nie bawić jedzeniem? - zapytała Yvonne patrząc czule na dziewczynę. Odłożyła widelec i rozejrzała się po reszcie towarzystwa. 
     Chłopiec z lokami, przemiłym wyrazem twarzy i rozczulającymi dołeczkami o imieniu Harry, wraz z innym chłopcem z dużą ilością żelu, komponującym się, połyskującym złotem pasemku i ciepłymi czekoladowymi oczami o imieniu Zayn, zabawiali małą Nathalie. Dziewczynka śmiała się wniebogłosy ocierając łzy szczęścia. Amant z wąsem niczym niemiecki projektant mody i koszulce, którą zapewne ukradł swojej dziewczynie o imieniu Louis dokładał sobie kolejną porcję roladek. Mężczyzna w krótko przyciętych włosach - na jeża -, słodkich orzechowych oczach i rozbrajającym uśmiechu o imieniu Liam zmywał po wszystkich naczynia, przy okazji te, które leżały w zlewie od jakiegoś tygodnia. I na końcu taki ktoś o chłopięcym uśmiechu jak z bajki, durnym aparatem - dla Nialla - na zęby, za którym szalały nastolatki na całym świecie, głębokich, morskich oczach i zwariowanym usposobieniu. 
     Dla Maggie wygląda to nieco inaczej. Stado rozchichotanych lam z kobiecymi narządami rozrodczymi w spodniach, mopami zamiast włosów, piszczącymi głosikami. Lama z szopą na głowie, szympans z lakierem zamiast włosów, Niemiec z koprem pod nosem, niania wydawała się być zdatna do znajomości, a złotowłosa? Osoba z najbardziej denerwującym charakterem, głupią osobowością i urodą godną tyłka konia.

     - Smakowało mi. - zaśmiała się słodko Nath przytulając swoją starszą siostrę.
- Chociaż tobie. - Maggie odpowiedziała nieco chłodno, odstawiając małą na ziemię i kierując się do drzwi - A, i Yvonne. Załatwiłam tą sprawę z Aleshą. Ani ona, ani żadna inna suka nie pojawi się w twoim życiu. Miłego dnia. - szepnęła do siebie i trzasnęła drzwiami w pośpiechu.
     Na schodach przed domem stanęła, pozwoliła aby lekkie, delikatne niczym aksamit płatki puszku opadały i zostawały wchłonięte przez jej włosy. Uśmiechnęła się na myśl, że już niedługo go spotka. Swojego anioła, który pomimo tego, że ma śliczne oczy, patrzy nimi tylko na nią. Pomimo tego, że ma miękkie usta, całuje nimi tylko ją. Który pomimo tego, że ma serce, oddał je tylko jej. Powoli ruszyła uważnie stąpając po grubej tafli połyskującego lodu. Dziś było tu pusto jak nigdy. Żadnej piszczącej fanki przed domem, żadnych fotoreporterów, tylko dwóch ochroniarzy

     Przeskakiwała z płyty na płytę tak, żeby nie nadepnąć na połączenia. Wystawy sklepowe przyciągały swoimi barwami, niektóre zapachami. Aż chciało się to wszystko mieć. Setki ludzi mijanych w każdej alejce, na każdej ulicy, w każdym miejscu. Przy Starbucks' ie stał grubszy pan w czerwonym stroju i przydzwaniał lekko dzwoneczkiem. Dziewczyna uśmiechnęła się na widok rozradowanych najmłodszych, które ściskały kucającego mikołaja. Stanęła niedaleko, aby poobserwować. Lubiła to robić, lubiła uwieczniać najpiękniejsze fotografie jakie można by sobie wyobrazić, tylko za pomocą oczu. 
     Tych samych, które często wylewały łzy. Mnóstwo łez.

     Analizowała każdy skrawek jego skóry, najmniejsze blizny, pieprzyki, wypuklenia. Łagodne, czerwone usta, cudownie orzechowe oczy, które swoim promieniejącym blaskiem roztopiłyby każdy lód serca. Splątane palce obojga lekko się o siebie pocierały. Spokojne oddechy oddawały zimne, lekkie kropelki unoszące się w powietrzu. Oczy wpatrzone w siebie z uwielbieniem, pełne miłości i zrozumienia. 
     - Naprawdę sądzisz, że powinniśmy robić przerwę? - zapytał nie przerywając kontaktu z Maggie. Cicho odetchnęła. Nie była pewna swojego wyboru, nie chciała tak kończyć, nie chciała go ranić. Choć było jedno 'ale'. Kochał ją, ale ona nie czuła nic poza braterską więzią. Wiedziała, że był mężczyzną, który kochał ją nie jak kobietę, lecz jak małą dziewczynkę. Chciała, aby teraz poczuł się wolny, żeby nie musiał się nią przejmować. Najlepiej, gdyby teraz rozpadał się teraz deszcz. Chciała modlić się w deszczu, upaść na kolana i błagać Boga o wybaczenie. Bo przecież Harley był jej niebem. Nie była pewna.
- Tak, tak chyba będzie lepiej obojgu. - powiedziała głosem przepełnionym smutkiem. Nie myślała w podobny sposób. On znał wszystkie jej sekrety i z wzajemnością, zawsze podnosił ją na duchu, kiedy gubiła się w sobie. Chciałaby być mocniejszą, aby dać mu więcej siebie, ale nie potrafiła. 

     Gdyby szczęście można było brać w garściach, to wypełniłaby nim kieszenie. 
     - I jak było? - zapytała Yvonne, kiedy tylko Maggie przekroczyła próg domu.
- Nie znam odpowiedzi. - westchnęła szatynka strzepując z siebie lśniący śnieg, który teraz wydawał się być jedną z nieskończenie wielu wad świata. 
- Wiesz jak ja radzę sobie ze smutkiem? - zapytał Harry siadając koło Maggie, która ograniczyła swój świat do dwóch kolan, a uczucia do dwojga uszu
- Po co jej to mówisz? Jak głupia, niech cierpi. - Niall dorzucił swoje sławne pięć centów. Poczuła się, jakby ktoś wylał na nią beczkę zimnej wody. Chociaż nie. Przez cały czas się tak czuła. Harry wrócił z kuchni z herbatą miętowo-cynamonową. Wręczył ją Maggie i objął delikatnie ramieniem, jakby bał się, że w każdym momencie dziewczyna może się skruszyć. 
    Wszyscy spojrzeli na blondyna w taki sposób jakby przed chwilą próbował zamordować bezbronną istotę. Tylko Maggie uśmiechała się w duchu przez łzy               



***


Boże. Co ze mnie za bloggerka.
Tak poza tym to... NIESPODZIANKA!
  Chciałam zrobić wam niespodziankę 6 grudnia, ale
za bardzo by się chyba wydłużyło.
Przepraszam, że tak długo nie dodawałam rozdziału, ale...
Zakopałam żywcem swoją wenę. Błagam was o wybaczenie.