niedziela, 14 kwietnia 2013

Rozdział drugi



     W życiu każdego człowieka nadchodzi taki moment, kiedy wszystko ma prawo się rozpaść. Pęknąć, spłonąć i się zakończyć. Rozbić się na miliony kawałków, jak szklanka czy kubek upuszczony przez niewinne dziecko. Ale zawsze to „coś” pozostawia po sobie ślad. Popiół, okruchy, czy nawet niezauważalny kształt bólu.
     Samotna, chodź w tłumie postać, krocząca pokrytymi trującą mgłą wyrzeczeń uliczkami, spoglądała na jedną wielką plamę szarych codziennych problemów. Przyziemne sprawy działały niczym magnes o ogromnej sile rażenia, przyciągając wszystkich i wszystko; łapiąc człowieka w swoją pułapkę skleconą na prędko ze smutku i roztargnienia. Każdy członek społeczeństwa zasłonił swoje lustra prześcieradłem utkanym z braku ufności, nie chciał widzieć swojego zdrętwiałego ciała, które rozpaczliwie pragnęło obcego dotyku. Ona też zamknęła szklany płaszcz.
     Na jej głowę zaczęło kapać kilka pojedynczych łez, zupełnie jakby londyńska pogoda nagle zrozumiała mowę gatunku górującego, mowę pełną szyderczego jadu, przekleństw, prymitywnych myśli – mowę człowieka. Krwawe łzy sklepienia dławiły zapachem, lekko metalicznym, lecz świeżym. Świeżym jak poranna niebieska bryza nad morzem, świeżym jak karmazynowe jabłuszko zerwane w babcinym ogródku, jak powietrze w sosnowym lesie; upajało wonną pieśnią wygrywaną na skrzypcach przez pochylone ku przechodniom budynki. Wszystko łączyło się w doskonałą całość, której nikt nie śmiał zniszczyć okrucieństwem godnym Lucyfera z piekielnych rubieży.
     Świat można porównać do kwiatu białego bzu. Perfekcyjny, bez skazy, nie do odrzucenia. Jednak kiedy spojrzysz tam, gdzie powinno być centrum... Czeka cię szok. Pustka. Gdzie ta wychwalana podstawa? Gdzie ten złoty środek? Gdzie... komórka mateczna?

     Pogrążona w lekturze, nie zwracała uwagi na otaczający ją zgiełk i hałas. Cieszyła się, że już niedługo będzie mogła upić się słodkim zapachem kwiatów brzoskwini, który był tak barwnie opisywany pomiędzy cienkimi kartkami, nadal wytwarzających lekką woń jesiennej brzózki. Zima zmienia niespokojną naturę ludzkiej rasy.
     - Maggie, skarbie. Idziesz z nami? - zapytała roztargniona Yvonne, jednocześnie ubierając małą Nathalie.
- Ewentualnie mogę z wami pójść. Gdzie? - odpowiedziała pytaniem rzucając ukochaną książkę niedbale na półkę, która jęknęła żałośnie chcąc zgłosić sprzeciw przeciw takiemu traktowaniu.
- Idziemy porozdawać prezenty w domu dziecka obok. – powiedziała ledwie słyszalnie blondynka, zapatrując się ciekawie na obiekt po drugiej stronie ulicy. Szatynka wstała leniwie z łóżka pozwalając sobie na ciche sapnięcie i jęk niezadowolenia. Ostatnio miała nieprzyjemne problemy z bólem kręgosłupa. Pomasowała się lekko po karku i skierowała do hallu, w celu założenia na siebie jakiegoś ciepłego odzienia.


     Opadli zmęczeni na łóżko rozkoszując się unoszącym się w gęstym powietrzu zapachem seksu. Zaciągali się swoją bliskością, czując jak rozpływa się ona wraz z ich nastrojem. Telefon rozdzwonił się na dobre, nie pozwalając im napawać się przyjemnością, jaką sobie zafundowali. Dziewczyna nie mogąc dłużej znieść irytującego „trililililili, trilililililili” kliknęła mały czarny guziczek, znajdujący się na podstawie urządzenia.

*pip* Tradey, skarbie, czekamy na ciebie z tatą, mam nadzieję, że nic ci się nie stało. Skarbie, martwimy się o ciebie. Nie ma cię w domu już przez trzy dni… Tylko nie wydaj za dużo! *kobiecy śmiech* Chciałabym, żebyś oddzwoniła po odsłuchaniu tej wiadomości. *pip*

Zaśmiała się podle po usłyszeniu treści wysłanej przez jej matkę. Tak nagle zaczęli się o nią martwić, no kto by pomyślał. Spojrzała na Steve’a lekko zawstydzona, naciągając na siebie kołdrę, zupełnie jakby poprzedniej sytuacji pomiędzy nimi nie było.
      - To tylko seks, prawda? – zapytała, chcąc się upewnić, że dla niego też to nic nie znaczy. Nie chciała mieć kolejnego chłopaka na głowie, który pewnie jak cała reszta, próbowałby zdobyć jej względy.


     Weszli do ciepłego raju dla rąk, zwanym po ludzku hallem. Powiesili na wieszaku kurtki i weszli w głąb ośrodka. Przywitały ich radosne krzyki małych dzieciątek i uprzejme powitania ze strony starszych mieszkańców tego budynku.
      - Yvy! Skarbie ty moje najdroższe! Jak ja cię dawno nie widziałam! – zawołała wzruszona pani Cooke i uściskała blondynkę. Yvonne nie wahając się ani przez chwilę również ją lekko ścisnęła.
- Czas na prezeeenty! – zawołała zadowolona Maggie. Po tym miłym powitaniu ze strony sierot i innych tu przybyłych z niewiadomych przyczyn, nagle poprawił jej się humor.
Zarumienione ze szczęścia pociechy, powoli otwierały swoje prezenty. Maggie, Nathalie, Yvonne i chłopcy dostali po uścisku od każdego. Każdy miał swoją porcelanową lalkę, samochód czy misia. Wszyscy byli szczęśliwi i zadowoleni. Czuli magię zbliżających się świąt, zapach pierników, ciepłą herbatę z cytryną i miodem…
    I wtedy pojawiła się ona. Stanęła opierając się ramieniem o ścianę. Obserwowała z zaciekawieniem sytuację rozgrywającą się w głównym pomieszczeniu. Długie farbowane blond włosy lekko i niesfornie opadały na szczupłe ramiona. Zaspane niebieskie oczy studiowały nowo przybyłe, nieznajome twarze. Za duża piżama w niedźwiadki zwisała na wątłej dziewczynie jak zniszczony płaszcz na bezdomnym człowieku. Miała nie więcej jak 5 stóp wysokości. Spojrzała na Yvy swoim nieprzytomnym, lecz ciekawym wzrokiem. Oglądana dziewczyna czuła się jak zaczarowana, jakby wzrok nieznajomej zamienił ją w figurę z wosku, która powoli, pod napierającym wzrokiem, roztapia się.
     „Kim jesteś?”. Pierwsze słowa, które wymówiła Yvonne na widok Suzie. Przynajmniej jej się tak wydawało. Tak naprawdę, to zalała się tylko rumieńcem i jęknęła cicho zahipnotyzowana urokiem młodej nimfy.
     - Yvonne? Ivy! Hej, nic ci nie jest? Ziemia do blondynki! – śmiała się Maggie.
- Jak ona ma na imię? – szepnęła blondynka do pani Cooke.
- Suzie. – odparła uśmiechnięta kobieta.
- Suzie. Piękne imię. – powiedziała cicho do siebie.
- Czas iść starucho, nie wiem jak ty, ale ja jestem głodna jak wilk. – przypominała Mag.


     Suzie. Suzie. Suzie. Powtarzała to sobie jak mantrę. Przed zaśnięciem, gdy była w studiu, podczas ćwiczeń, przy posiłkach… Ciągle. Nie mogła wyrzucić z głowy tej pięknej, delikatnej, uroczej, słodkiej, miłej, cudownej, nieziemskiej twarzy młodej Afrodyty. Kto by pomyślał - nie wie nic o tej dziewczynie, a czuje się, jakby była zakochana.



     - Daj mi spokój! I weź wyjdź z mojego pokoju! – krzyczała wściekła Maggie. Jakim prawem ten ktosiek miał czelność używać jej łazienki? Nie zwracała uwagi na protesty chłopaka owiniętego tylko w ręcznik. Wypchnęła go za drzwi i trzasnęła nimi jak najgłośniej.
- Mag! Chociaż pozwól mi wziąć ubrania! – prosił zrozpaczony Harry. Zaśmiała się złośliwie, po czym wpadła na niesamowity pomysł. Otworzyła łazienkę, zgarnęła wszystkie jego ubrania (łącznie z bokserkami, ale nie zwróciła na to uwagi), uchyliła okno i wyrzuciła wszystko na trawnik.
- Chcesz swoje ubrania, powiadasz. To je sobie weź, leżą przy basenie.
- Tak się odwdzięczasz za pocieszanie w trudnej chwili? Jeszcze zobaczymy. – odparł niewyraźnie przez drewno. Nie widziała go teraz, ale miała pewność, że zmrużył powieki i zagroził pięścią.
- Już to widzę, kochanie.

     Usłyszała donośne pukanie… Chociaż nie. Ktoś dobijał się do jej drzwi. I krzyczał. Jak to dobrze, że kupiła sobie wyciszającą poduszkę. Ziewnęła i przytuliła się do rogu kołdry.

„Sweet dreams are made of this

Who am I to disagree?
Travel the world and the seven seas
Everybody's looking for something
Some of them want to use you
Some of them want to get used by you
Some of them want to abuse you
Some of them want to be abused”

„Czemu nie mogę wyrzucić tej piosenki z głowy?” – pomyślała zawiedziona swoją słabością.
     - Otwórz te drzwi! – tym razem było głośne nie do zniesienia.
- Czy ty używasz megafonu Styles?! – uniosła się na łokciach i sturlała z łóżka. Doczołgała się powoli do źródła nieznośnego „Czas wstawać, czas wstawać, czas wstawać!”. Przekręciła klucz i upadła na twarz z głośnym jękiem. Drzwi otworzyły się z cichym kliknięciem, a w nich stał nie kto inny jak pan Użyjętwojejłazienkidoumyciamojegospoconegociałamamnadziejężemiwybaczysz i uśmiechał się od ucha do ucha, radosny i wypoczęty jak nigdy.
- Czas wstawać, czas wstawać, czas wstawać! Jesteśmy głodni, za pół godziny mamy wywiad, Yvy idzie z nami, ty w sumie też i nie masz nic do gadania, Niall znowu coś o tobie gadał… I wiesz, że już sporo po dziesiątej? Dziwię się, że Yvonne jeszcze cię nie zwolniła. – chłopak najwyraźniej rozmawiał sam ze sobą.
- Czego ten debil ode mnie chce tym razem? – zapytała Maggie ze znudzoną miną.
- Coś zaczął gadać, że wyglądasz jakoś na zmęczoną i niedojedzoną… Na początku pomyślałem, że się o ciebie martwi, ale potem powiedział, że dzieci z Afryki chyba ci paczki z jedzeniem przestały wysyłać.
- Powiedz mu, że jego umiejętności docinania bawią się z nim w chowanego… I że zaraz pójdę robić im to nieszczęsne śniadanie. – odparła Mag i odkleiła twarz od paneli. Czyżby kolejny dzień w stylu „Boże, Buddo, Allahu i inni… Musieliście mnie tak ukarać?”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz